Jest
taka droga w Sadbury, miasteczku pod Bostonem, która nazywa się Waterborne. Przecina
obszary zalewowe rzeki Sadbury i słynie z gniazdujących tam kolonii czapli
modrych. Wzdłuż drogi rosną czerwone klony, białe dęby i obumarłe jesiony,
zdziesiątkowane dawno temu przez wirusa. Droga wije się i opada między wzgórzami
i nadrzecznymi mokradłami, potem wznosi się wśród łąk i pól uprawnych, by znów
obniżyć się serią zygzakowatych zakrętów. To piękna droga – gładka, ciągnąca
się bez zabudowań czy firm, którą upodobali sobie rowerzyści, biegacze i śpieszący
się kierowcy. Nikogo nie dziwi, że prawie co miesiąc na Waterborne ma miejsce
jakiś wypadek.
Było
około trzeciej po południu w sobotę pod koniec września 2008 roku, dzień dość
pochmurny i nietypowo ciepły jak na tę porę roku, dwadzieścia cztery stopnie,
roślinność nabierała już jesiennych barw. Joshua Yoon, lat trzydzieści osiem,
wybrał się na popołudniową przebieżkę po Waterborne. Trzymał się lewej krawędzi
jezdni, by widzieć nadjeżdżające pojazdy. Nie planował nic na ten dzień. Tydzień
wcześniej na stronie grupy internetowej natrafił na metodę, której chciał użyć:
założy sobie na głowę worek foliowy, przymocuje go wokół szyi taśmą na rzep,
otworzy dwa kanistry, które przez rurki napełnią worek helem i wciągu kilku
minut straci przytomność i umrze. Bezboleśnie, szybko i skutecznie.
Badania
wykazały, że gdy człowiek podejmie decyzję, by się zabić, pojawia się jasność.
Można się skoncentrować. Poprawia się nastrój. Jest się dogłębnie przepełnionym
dobrym samopoczuciem. Takie decyzje, choć doniosłe, przychodzą chcąc nie chcąc.
Zaczynają się jako przelotne fantazje, oddawanie się marzeniom, a później, same
z siebie, wyostrzają się i stapiają z człowiekiem, który skupia się na nich i
zaczyna planować. Reguluje rachunki, pisze listy z instrukcjami, aktualizuje
testament, robi pierwsze przygotowania do pogrzebu, kupuje urnę, przyczepia
zawieszki z opisem do wszystkich kluczy. Zostają tylko dwie sprawy do ustalenia
– jak i kiedy. Jest dużo opcji. Odczuwa się ulgę i radość.
Nie
znaczy to, że Joshua tego dnia myślał całkiem jasno. Zażywał tabletki, bardzo duże
ilości. Brał antydepresanty, leki uspokajające, stabilizujące nastrój, tabletki
nasenne, przeciwbólowe, a ich działanie było wzmocnione niedawnym eksperymentem
z syropem na kaszel – coś, co robią nastolatki: kręci się zawieszoną na sznurku
butelką Robitussinu, żeby na powierzchni wytrącił się czysty dekstrometorfan. Był
na haju, może nawet miał halucynacje – ale to niczego nie usprawiedliwia.
Biegł
po odcinku ulicy Waterborn, gdzie samochody wypadają z zakrętu i przyspieszają.
Usłyszał nadjeżdżające auto i zamiast zostać przy krawędzi jezdni odbił lekko w
kierunku jej środka.
Czy
naprawdę miał zamiar to zrobić, zginąć potrącony przez samochód? Czy
rzeczywiście był na tyle bezduszny, by chcieć obciążyć taką traumą przypadkowego
kierowcę, nie ponoszącego żadnej winy, na całe życie?
Do
dziś nie jestem pewien. Ciągle o tym myślę, i wciąż nie wiem. Może Joshua, mój
dobry kolega, chciał tylko poczuć pęd przejeżdżającego samochodu, te kilka centymetrów
między śmiercią a dalszym ciągiem, poczuć jak płynna i umowna jest granica
między nimi. Może zatoczył się jak pijany pod koła samochodu, bezwolnie i niechcący.
Jednak prawdopodobnie taki impuls nachodził go już wcześniej kilkakrotnie, gdy
biegał po tej drodze, by wybiec przed pędzące auto i skończyć wszystko od razu.
Cokolwiek było prawdą, był świadek, kierowca nadjeżdżający z przeciwnej strony,
który twierdził, że widział jak Joshua w pewnym momencie zmienił kierunek i
wbiegł wprost pod koła samochodu.
Zbieg
okoliczności, przeróżne drobne przeszkody, które mogły zapobiec temu zdarzeniu:
czerwone światło, telefon, zmiana trasy, żeby kupić lody, znajomy, którego
trzeba było podwieźć do domu. Kilka sekund mogłoby zmienić bieg wydarzeń.
Na
kilka sekund przed wyjściem samochodu z zakrętu dziewczynka na tylnym siedzeniu
– za trzy miesiące miała skończyć cztery lata – wypięła się z fotelika i zeszła
z niego, żeby podnieść upuszczoną książeczkę. Jej ojciec jechał za szybko, przy
tym sam nie był w pełni zdolny do prowadzenia, bo wcześniej do obiadu wypił parę
drinków. Nie lubił pasów bezpieczeństwa i w ogóle by ich nie używał, gdyby nie
uporczywe ostrzegawcze pikanie. Tego dnia poradził sobie w ten sposób, że
zapiął pas i przerzucił go sobie za plecy. Odwrócił się, żeby nakrzyczeć na
córkę, by w tej chwili siadła w foteliku. Potem rozejrzał się i zobaczył Joshuę
na drodze, trzy metry przed nim, za późno, żeby zareagować, mógł tylko
instynktownie skręcić, żeby nie uderzyć prosto w niego. Auto uderzyło ukośnie w
nogi Joshuy miażdżąc jedną a drugą zaczepiając czymś, może zderzakiem, tak że urwało
stopę, tak jak wyrywa się kurze udko ze stawu. Siła uderzenia wyrzuciła obracające
się bezładnie ciało w powietrze, a samochód przewrócił się i przetoczył w
przeciwną stronę, wielokrotnie gwałtownie koziołkując, aż zatrzymał się przygnieciony
do białego dębu. W tym momencie mężczyzna i dziewczynka w samochodzie już powoli
umierali. Joshua miał więcej szczęścia, jeśli można to tak nazwać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz