środa, 11 września 2013

"The Collective" Don Lee


Jest taka droga w Sadbury, miasteczku pod Bostonem, która nazywa się Waterborne. Przecina obszary zalewowe rzeki Sadbury i słynie z gniazdujących tam kolonii czapli modrych. Wzdłuż drogi rosną czerwone klony, białe dęby i obumarłe jesiony, zdziesiątkowane dawno temu przez wirusa. Droga wije się i opada między wzgórzami i nadrzecznymi mokradłami, potem wznosi się wśród łąk i pól uprawnych, by znów obniżyć się serią zygzakowatych zakrętów. To piękna droga – gładka, ciągnąca się bez zabudowań czy firm, którą upodobali sobie rowerzyści, biegacze i śpieszący się kierowcy. Nikogo nie dziwi, że prawie co miesiąc na Waterborne ma miejsce jakiś wypadek.

Było około trzeciej po południu w sobotę pod koniec września 2008 roku, dzień dość pochmurny i nietypowo ciepły jak na tę porę roku, dwadzieścia cztery stopnie, roślinność nabierała już jesiennych barw. Joshua Yoon, lat trzydzieści osiem, wybrał się na popołudniową przebieżkę po Waterborne. Trzymał się lewej krawędzi jezdni, by widzieć nadjeżdżające pojazdy. Nie planował nic na ten dzień. Tydzień wcześniej na stronie grupy internetowej natrafił na metodę, której chciał użyć: założy sobie na głowę worek foliowy, przymocuje go wokół szyi taśmą na rzep, otworzy dwa kanistry, które przez rurki napełnią worek helem i wciągu kilku minut straci przytomność i umrze. Bezboleśnie, szybko i skutecznie.
Badania wykazały, że gdy człowiek podejmie decyzję, by się zabić, pojawia się jasność. Można się skoncentrować. Poprawia się nastrój. Jest się dogłębnie przepełnionym dobrym samopoczuciem. Takie decyzje, choć doniosłe, przychodzą chcąc nie chcąc. Zaczynają się jako przelotne fantazje, oddawanie się marzeniom, a później, same z siebie, wyostrzają się i stapiają z człowiekiem, który skupia się na nich i zaczyna planować. Reguluje rachunki, pisze listy z instrukcjami, aktualizuje testament, robi pierwsze przygotowania do pogrzebu, kupuje urnę, przyczepia zawieszki z opisem do wszystkich kluczy. Zostają tylko dwie sprawy do ustalenia – jak i kiedy. Jest dużo opcji. Odczuwa się ulgę i radość.
Nie znaczy to, że Joshua tego dnia myślał całkiem jasno. Zażywał tabletki, bardzo duże ilości. Brał antydepresanty, leki uspokajające, stabilizujące nastrój, tabletki nasenne, przeciwbólowe, a ich działanie było wzmocnione niedawnym eksperymentem z syropem na kaszel – coś, co robią nastolatki: kręci się zawieszoną na sznurku butelką Robitussinu, żeby na powierzchni wytrącił się czysty dekstrometorfan. Był na haju, może nawet miał halucynacje – ale to niczego nie usprawiedliwia.
Biegł po odcinku ulicy Waterborn, gdzie samochody wypadają z zakrętu i przyspieszają. Usłyszał nadjeżdżające auto i zamiast zostać przy krawędzi jezdni odbił lekko w kierunku jej środka.
Czy naprawdę miał zamiar to zrobić, zginąć potrącony przez samochód? Czy rzeczywiście był na tyle bezduszny, by chcieć obciążyć taką traumą przypadkowego kierowcę, nie ponoszącego żadnej winy, na całe życie?
Do dziś nie jestem pewien. Ciągle o tym myślę, i wciąż nie wiem. Może Joshua, mój dobry kolega, chciał tylko poczuć pęd przejeżdżającego samochodu, te kilka centymetrów między śmiercią a dalszym ciągiem, poczuć jak płynna i umowna jest granica między nimi. Może zatoczył się jak pijany pod koła samochodu, bezwolnie i niechcący. Jednak prawdopodobnie taki impuls nachodził go już wcześniej kilkakrotnie, gdy biegał po tej drodze, by wybiec przed pędzące auto i skończyć wszystko od razu. Cokolwiek było prawdą, był świadek, kierowca nadjeżdżający z przeciwnej strony, który twierdził, że widział jak Joshua w pewnym momencie zmienił kierunek i wbiegł wprost pod koła samochodu.
Zbieg okoliczności, przeróżne drobne przeszkody, które mogły zapobiec temu zdarzeniu: czerwone światło, telefon, zmiana trasy, żeby kupić lody, znajomy, którego trzeba było podwieźć do domu. Kilka sekund mogłoby zmienić bieg wydarzeń.
Na kilka sekund przed wyjściem samochodu z zakrętu dziewczynka na tylnym siedzeniu – za trzy miesiące miała skończyć cztery lata – wypięła się z fotelika i zeszła z niego, żeby podnieść upuszczoną książeczkę. Jej ojciec jechał za szybko, przy tym sam nie był w pełni zdolny do prowadzenia, bo wcześniej do obiadu wypił parę drinków. Nie lubił pasów bezpieczeństwa i w ogóle by ich nie używał, gdyby nie uporczywe ostrzegawcze pikanie. Tego dnia poradził sobie w ten sposób, że zapiął pas i przerzucił go sobie za plecy. Odwrócił się, żeby nakrzyczeć na córkę, by w tej chwili siadła w foteliku. Potem rozejrzał się i zobaczył Joshuę na drodze, trzy metry przed nim, za późno, żeby zareagować, mógł tylko instynktownie skręcić, żeby nie uderzyć prosto w niego. Auto uderzyło ukośnie w nogi Joshuy miażdżąc jedną a drugą zaczepiając czymś, może zderzakiem, tak że urwało stopę, tak jak wyrywa się kurze udko ze stawu. Siła uderzenia wyrzuciła obracające się bezładnie ciało w powietrze, a samochód przewrócił się i przetoczył w przeciwną stronę, wielokrotnie gwałtownie koziołkując, aż zatrzymał się przygnieciony do białego dębu. W tym momencie mężczyzna i dziewczynka w samochodzie już powoli umierali. Joshua miał więcej szczęścia, jeśli można to tak nazwać.
Spadł na asfalt głową w dół i zginął na miejscu na skutek bezpośredniego urazu mózgu.

W oryginale 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz