sobota, 11 maja 2013

"Menażeria pana Dżamraka" (a może "Pan Jamrach i jego menażeria"?) Carol Birch


Urodziłem się dwukrotnie. Pierwszy raz – w drewnianym pokoiku skleconym ponad czarnymi wodami Tamizy, i ponownie osiem lat później na ulicy Highway, gdy schwycił mnie w paszczę tygrys i od tamtej chwili wszystko się zaczęło.

            Wystarczy wypowiedzieć nazwę Bermondsey i wszyscy krzywią się z obrzydzeniem, tam jednak był mój pierwszy dom. Gdy spaliśmy, rzeka chlupotała pod nami. Z drzwi domu, ponad drewnianym płotem, widać było kanał, którego ciemna woda wzdymała się dziwnie niczym smętna szara bańka. Gdy patrzyło się niżej, pomiędzy sztachetami, można było dojrzeć różne rzeczy poruszające się w tej breji. Gęsta zielona maź połyskiwała i uderzała z chlupotem o powierzchnię wody, oblepiając butwiejące drewniane pale. 
            Pamiętam zygzakowate, pełne ostrych zakrętów uliczki, koleiny wyżłobione w końskim nawozie na drodze, odchody owiec codziennie pędzonych koło naszego domu na podmokłe łąki, i nieznośnie smutne porykiwanie bydła dobiegające z podwórza garbarni. Pamiętam pociemniałe ceglane mury fabryki skór, i czarny deszcz. Nierówne ceglane ściany były oblepione smolistą sadzą. Dotknięte pozostawiały na końcach palców tłuste czarne plamy. Spod drewnianego mostu wzbijał się stęchły zapach i co rano uderzał w twarze idących do pracy na drugą stronę rzeki.
            Powietrze nad rzeką wypełniały jednak dźwięki i deszcz. Czasami w nocy przyśpiewki marynarzy niosły się nad migoczącą wodą – ich głosy wydawały mi się tak samo dzikie i mroczne jak noc – piosenki z różnych stron, piski lub krzyki w obco brzmiących językach, melodie wznoszące się i opadające niczym liczne schody wiodące tu i tam, sprawiały, że czułem się jakbym był daleko w przedziwnych gorących krainach.
            Rzeka oglądana z wałów wyglądała wspaniale, ale stawała się obrzydliwa, gdy nasze bose stopy napotykały na cienkie czerwone robaki żyjące w kleistym błocie. Pamiętam, jak wiły się między palcami.
            I wśród tego my.
            Brodząc tam i z powrotem w kanałach ściekowych sami byliśmy niczym czerwie, chudzi szarzy chłopcy, chude szare dziewczynki, szarzy jak błoto, w którym brnęliśmy wzdłuż ciemnych okrągłych tuneli cuchnących niemiłosiernie. Ich ściany pokrywała skorupa wyschniętych ekskrementów. Gdy wydłubywaliśmy z niej drobne monety, którymi chcieliśmy wypchać kieszenie, zakrywaliśmy nosy i usta chusteczkami, a z piekących oczu ciekły łzy. Czasem ktoś wymiotował. To była zwykła rzecz, jak kichnięcie czy beknięcie. A gdy mrużąc oczy wychodziliśmy na brzeg, czekał tam na nas piękny widok: cudowne zjawisko, wysoki i szlachetny trzymasztowy kliper przywożący herbatę z Indii, zbliżający się do londyńskiego portu, w którym niczym rumaki czystej krwi odpoczywały już setki statków, czyszczone, regenerowane, dopieszczane, szykowane na wielką morską przygodę.
             Nasze kieszenie jednak nigdy się nie wypełniały. Pamiętam dręczące ssanie w żołądku, głodowe mdłości. Zapewniały mojemu ciału zajęcie w nocy, gdy leżałem w łóżku.

W oryginale 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz