Był piękny wrześniowy dzień. Zanosiło się na to,
że do południa znów zrobi się gorąco, teraz jednak w powietrzu czuć było chłód
prawdziwej jesieni. Gotowy do wyjścia na pierwsze zajęcia w roku, Joseph Howe
stał na ganku domu, w którym wynajmował pokój, i z przyjemnością myślał o
nadchodzących długich dniach spędzanych w murach uczelni. W takiej chwili mógł
czuć zadowolenie z wybranego zawodu.
Drzewo
brzoskwiniowe na trawniku wciąż jeszcze owocowało, mała Hilda Aiken właśnie
robiła mu zdjęcie. Kurczowo trzymała aparat blisko ciała. Chciała mieć słońce
za plecami, ale wówczas w porannym świetle jej postać rzucała na pierwszym
planie długi cień. Uniosła aparat, ale to nie pomogło, opuściła go więc, co
tylko pogorszyło sprawę. Wychyliła się w lewo, potem w prawo. W końcu musiała
zejść z linii słońca. Wreszcie zwolniła migawkę i w skupieniu przewinęła film.
Howe
obserwował ją z ganku i czekał, aż skończy zanim przywitał się głośnym dzień dobry. Odwróciła się wystraszona,
i trochę nadąsana spuściła wzrok. W ciągu roku, kiedy Howe mieszkał u Aikenów,
Hilda zaakceptowała go jako członka rodziny, ale po wakacjach znów była
onieśmielona. Po chwili jednak uniosła głowę i uśmiechnęła się do niego, a
pełen humoru uśmiech potwierdzał obietnicę miłego dnia. Podniosła z ziemi torbę
z książkami i poszła do szkoły.
Eleganckie
domy wzdłuż ulic wiodących do uczelni jeszcze się w pełni nie rozbudziły,
wyglądały jednak bardzo przyjaźnie. Howe minął dom państwa Bradby, gdzie dziś
wieczorem miał być gościem na pierwszej w tym roku kolacji. Szedł wzdłuż
najbielszego w całym miasteczku parkanu, lecz przy końcu zawrócił. Wzdłuż
ścieżki prowadzącej do drzwi domu, w równym rzędzie rosły astry – mężczyzna
przekroczył bramę, zerwał jeden z nich i wetknął do butonierki. Państwo Bradby
cieszyliby się, gdyby przypadkiem widzieli jak wtargnął na ich klomb.
Świadomość tego sprawiała, że poczuł się jeszcze lepiej.
Dotarł na kampus, gdy zegar wybijał
godzinę rozpoczęcia zajęć. Studenci rozchodzili się w pośpiechu do sal. On sam
nigdzie się nie spieszył. Zatrzymał się w ciasnej klitce szumnie zwanej jego
gabinetem i zapalił. Nagle uświadomił sobie, że za chwilę stanie przed grupą i
poczuł, że ma zimne ręce – prawomocne przejęcie władzy, jakiego miał zaraz
dokonać, zdawało się doniosłym wydarzeniem. Nie było sensu dłużej zwlekać.
Zgasił papierosa, wziął blok papieru i ruszył do sali.
W oryginale
W oryginale
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz