piątek, 13 kwietnia 2012

"W tym czasie, w tym miejscu" Lionel Trilling


Był piękny wrześniowy dzień. Zanosiło się na to, że do południa znów zrobi się gorąco, teraz jednak w powietrzu czuć było chłód prawdziwej jesieni. Gotowy do wyjścia na pierwsze zajęcia w roku, Joseph Howe stał na ganku domu, w którym wynajmował pokój, i z przyjemnością myślał o nadchodzących długich dniach spędzanych w murach uczelni. W takiej chwili mógł czuć zadowolenie z wybranego zawodu.

            Drzewo brzoskwiniowe na trawniku wciąż jeszcze owocowało, mała Hilda Aiken właśnie robiła mu zdjęcie. Kurczowo trzymała aparat blisko ciała. Chciała mieć słońce za plecami, ale wówczas w porannym świetle jej postać rzucała na pierwszym planie długi cień. Uniosła aparat, ale to nie pomogło, opuściła go więc, co tylko pogorszyło sprawę. Wychyliła się w lewo, potem w prawo. W końcu musiała zejść z linii słońca. Wreszcie zwolniła migawkę i w skupieniu przewinęła film.
            Howe obserwował ją z ganku i czekał, aż skończy zanim przywitał się głośnym dzień dobry. Odwróciła się wystraszona, i trochę nadąsana spuściła wzrok. W ciągu roku, kiedy Howe mieszkał u Aikenów, Hilda zaakceptowała go jako członka rodziny, ale po wakacjach znów była onieśmielona. Po chwili jednak uniosła głowę i uśmiechnęła się do niego, a pełen humoru uśmiech potwierdzał obietnicę miłego dnia. Podniosła z ziemi torbę z książkami i poszła do szkoły.
            Eleganckie domy wzdłuż ulic wiodących do uczelni jeszcze się w pełni nie rozbudziły, wyglądały jednak bardzo przyjaźnie. Howe minął dom państwa Bradby, gdzie dziś wieczorem miał być gościem na pierwszej w tym roku kolacji. Szedł wzdłuż najbielszego w całym miasteczku parkanu, lecz przy końcu zawrócił. Wzdłuż ścieżki prowadzącej do drzwi domu, w równym rzędzie rosły astry – mężczyzna przekroczył bramę, zerwał jeden z nich i wetknął do butonierki. Państwo Bradby cieszyliby się, gdyby przypadkiem widzieli jak wtargnął na ich klomb. Świadomość tego sprawiała, że poczuł się jeszcze lepiej.

            Dotarł na kampus, gdy zegar wybijał godzinę rozpoczęcia zajęć. Studenci rozchodzili się w pośpiechu do sal. On sam nigdzie się nie spieszył. Zatrzymał się w ciasnej klitce szumnie zwanej jego gabinetem i zapalił. Nagle uświadomił sobie, że za chwilę stanie przed grupą i poczuł, że ma zimne ręce – prawomocne przejęcie władzy, jakiego miał zaraz dokonać, zdawało się doniosłym wydarzeniem. Nie było sensu dłużej zwlekać. Zgasił papierosa, wziął blok papieru i ruszył do sali. 

W oryginale 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz