Chłopiec, który mieszkał w domu
Agathox przy Buckingham Park Road 28 w Surbiton często zastanawiał się, co
oznacza stary znak ustawiony prawie naprzeciwko jego domu. Gdy spytał o niego matkę, powiedziała, że to tylko żart, w dodatku dość nieprzyjemny, którego
wiele lat temu dopuściła się grupka młodzieńców, i że policja powinna go
usunąć. Znak był niezwykły z dwóch powodów: po pierwsze wskazywał ślepą
uliczkę, a po drugie – wyblakłymi literami wypisane były na nim słowa Do
nieba.
- Co to byli za młodzieńcy? –
spytał.
- Twój ojciec mówił, zdaje się, że
jeden z nich pisał wiersze; wyrzucono go z uniwersytetu i źle skończył. Ale to było dawno temu. Musisz
spytać ojca. Powie ci to samo, co ja – że znak postawiono tam dla żartu.
- Czyli on zupełnie nic nie znaczy?
Matka kazała mu iść na górę założyć
najlepsze ubranie, jako że państwo Bons mieli przyjść na herbatę, a on miał
podawać paterę z ciastem.
Gdy mocowal się ze zwężającymi się
spodniami przyszło mu nagle na myśl, że niegłupie byłoby zapytać o znak pana
Bonsa. Ojciec, choć był bardzo dobrym człowiekiem, zawsze się z niego śmiał –
wręcz wybuchał śmiechem za każdym razem, gdy on lub inne dziecko zadało pytanie
czy się odezwało. Za to pan Bons był zarazem dobry i poważny. Miał piękny dom i
wypożyczał książki, był kościelnym, a także kandydatem do rady hrabstwa;
przekazywał hojne darowizny na rzecz Biblioteki Powszechnej, był
przewodniczącym Towarzystwa Literackiego, a posłowie zatrzymywali się na ulicy,
by zamienić z nim słowo – krótko mówiąc, był chyba najmądrzejszą osobą na
świecie.
Mimo to, pan Bons potrafił jedynie
powiedzieć, że znak był żartem – żartem człowieka nazwiskiem Shelley.
- Ależ oczywiście! – wykrzyknęła
matka. – Mówiłam ci, kochanie. Tak właśnie się nazywał.
- Nie wiesz, kim był Shelley? –
zapytał pan Bons.
- Nie wiem – odparł chłopiec i
zwiesił głowę.
- Czyżby w tym domu nie było ani
jednego Shelleya?
- Przecież jest! – zawołała matka,
bardzo poruszona. – Drogi panie Bons, nie jesteśmy takimi filisterami. Są co
najmniej dwa. Jeden był prezentem ślubnym, a drugi, mniejsze wydanie, jest w
którymś z wolnych/pustych pokoi.
- U nas jest chyba siedem Shelleyów – powiedział
pan Bons, uśmiechając się leniwie. Po czym strzepnął okruchy ciasta z brzucha i
wraz z córką podniósł się do wyjścia. Chłopiec,
na porozumiewawcze mrugnięcie matki, posłusznie odprowadził ich aż do bramy
ogrodu, a gdy poszli nie wrócił od razu do domu, lecz rozglądał się jakiś czas po Buckingham Park Road.W oryginale
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz