czwartek, 15 marca 2012

"Niebiański powóz" E. M. Forster


Chłopiec, który mieszkał w domu Agathox przy Buckingham Park Road 28 w Surbiton często zastanawiał się, co oznacza stary znak ustawiony prawie naprzeciwko jego domu. Gdy spytał o niego matkę, powiedziała, że to tylko żart, w dodatku dość nieprzyjemny, którego wiele lat temu dopuściła się grupka młodzieńców, i że policja powinna go usunąć. Znak był niezwykły z dwóch powodów: po pierwsze wskazywał ślepą uliczkę, a po drugie – wyblakłymi literami wypisane były na nim słowa Do nieba.

- Co to byli za młodzieńcy? – spytał.
- Twój ojciec mówił, zdaje się, że jeden z nich pisał wiersze; wyrzucono go z uniwersytetu i źle skończył. Ale to było dawno temu. Musisz spytać ojca. Powie ci to samo, co ja – że znak postawiono tam dla żartu.
- Czyli on zupełnie nic nie znaczy?
Matka kazała mu iść na górę założyć najlepsze ubranie, jako że państwo Bons mieli przyjść na herbatę, a on miał podawać paterę z ciastem.
Gdy mocowal się ze zwężającymi się spodniami przyszło mu nagle na myśl, że niegłupie byłoby zapytać o znak pana Bonsa. Ojciec, choć był bardzo dobrym człowiekiem, zawsze się z niego śmiał – wręcz wybuchał śmiechem za każdym razem, gdy on lub inne dziecko zadało pytanie czy się odezwało. Za to pan Bons był zarazem dobry i poważny. Miał piękny dom i wypożyczał książki, był kościelnym, a także kandydatem do rady hrabstwa; przekazywał hojne darowizny na rzecz Biblioteki Powszechnej, był przewodniczącym Towarzystwa Literackiego, a posłowie zatrzymywali się na ulicy, by zamienić z nim słowo – krótko mówiąc, był chyba najmądrzejszą osobą na świecie.
Mimo to, pan Bons potrafił jedynie powiedzieć, że znak był żartem – żartem człowieka nazwiskiem Shelley.
- Ależ oczywiście! – wykrzyknęła matka. – Mówiłam ci, kochanie. Tak właśnie się nazywał.
- Nie wiesz, kim był Shelley? – zapytał pan Bons.
- Nie wiem – odparł chłopiec i zwiesił głowę.
- Czyżby w tym domu nie było ani jednego Shelleya?
- Przecież jest! – zawołała matka, bardzo poruszona. – Drogi panie Bons, nie jesteśmy takimi filisterami. Są co najmniej dwa. Jeden był prezentem ślubnym, a drugi, mniejsze wydanie, jest w którymś z wolnych/pustych pokoi.
- U nas jest chyba siedem Shelleyów – powiedział pan Bons, uśmiechając się leniwie. Po czym strzepnął okruchy ciasta z brzucha i wraz z córką podniósł się do wyjścia. Chłopiec, na porozumiewawcze mrugnięcie matki, posłusznie odprowadził ich aż do bramy ogrodu, a gdy poszli nie wrócił od razu do domu, lecz rozglądał się jakiś czas po Buckingham Park Road.


W oryginale 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz