Sonia zostawiła Indze kilkanaście wiadomości. Włączyła telewizor i bezmyślnie oglądaliśmy w dużym powiększeniu szczypawki wędrujące po ekranie, podczas gdy męski głos w tle nudził coś o ich cudownych właściwościach. Sonia nerwowo bawiła się kosmykiem włosów. Skakaliśmy po kanałach nie znajdując niczego, co mogłoby nas choć odrobinę zainteresować, spytałem więc, czy nie zechciałaby przeczytać mi swego wiersza. Początkowo się wzbraniała, mówiąc, że nie może się skupić, że się denerwuje, ale wreszcie dała się ubłagać. Najpierw tłumaczyła się – że wciąż go poprawia, że nie jest pewna wszystkich strof, a jednej z najważniejszych jeszcze nie napisała, i że wybrała formę restrykcyjną, żeby przekonać się, czy potrafi pisać – po czym wzięła ze stolika przy sofie cienki plik kartek i zaczęła czytać czystym głosem.
Pustemu ciału nic już nie przywróci
człowieka, który dziecku jedynemu
do snu co wieczór kołysanki nucił
i snuł historie duchów i golemów.
Ich tęskne głosy, co spokój chcą skrócić
słychać wciąż w Paradou. Straszyły w ciemności
widmowe istoty, królowie wieczności.
Dziś wiem, że smutku, który żywych trawi
zmarli nie czują. Boże, w przeszłość zamień
tę chwilę. Boże, bądź dla mnie łaskawy!
Przywróć świat, który odcisnął swe znamię
tak drogie. Prawdę niech ojcu wyjawi
jeden gest na dobranoc: rola, którą grałam
nakładała mi maskę. Pod spodem się bałam.
Sonia spojrzała na mnie znad kartek.
– Nie jest taki okropny, prawda?
Pokręciłem głową, a ona ciągnęła:
– Taką samą formę ma Don Juan Byrona. Oktawy na ogół są komiczne, ale wiesz, chciałam sprawdzić, czy mogą też być poważne.
Przerwała, a ja pomyślałem o językowych łamigłówkach i szalonych rymowankach pana T.
– Dalej ma być strofa o jedenastym września, tylko jeszcze nie udało mi się jej napisać. Próbowałam wiele razy, ale to zbyt trudne. Może po prostu zostawię tu białą plamę – lukę, wielkie puste miejsce tylko z datą.
Popatrzyła na mnie, wyraz jej twarzy nagle stał się zacięty.
– A potem idą te dwie.
Nieprawda. Ja ją czuję całym ciałem –
w umyśle, w oczach, w rękach, nogach, kościach,
i w telefonie, co dzwonkiem zuchwałym
zwiastuje nowe losu przeciwności,
w słyszanych nocą głosach, jakby cały
chór bezcielesny śpiewał w mojej głowie
wzywając zmarłych. Nikt mi nie odpowie.
smutny policjant przyszedł. Nakaz wręczył,
miał strych przeszukać. Wszedł po schodach stromych,
i ludzkich szczątków w kurzu, wśród pajęczyn,
pod flagą niepotrzebną już nikomu
szukał. Wciąż widzę, jak na dachu klęczy
zrywając papę. W jego pustym wzroku
nie ma smutku, nadziei, nie ma nic prócz mroku.
19.11.2011
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz