niedziela, 1 stycznia 2012

"Amerykańskie smutki" Siri Hustvedt


            Sonia zostawiła Indze kilkanaście wiadomości. Włączyła telewizor i bezmyślnie oglądaliśmy w dużym powiększeniu szczypawki wędrujące po ekranie, podczas gdy męski głos w tle nudził coś o ich cudownych właściwościach. Sonia nerwowo bawiła się kosmykiem włosów. Skakaliśmy po kanałach nie znajdując niczego, co mogłoby nas choć odrobinę zainteresować, spytałem więc, czy nie zechciałaby przeczytać mi swego wiersza. Początkowo się wzbraniała, mówiąc, że nie może się skupić, że się denerwuje, ale wreszcie dała się ubłagać. Najpierw tłumaczyła się – że wciąż go poprawia, że nie jest pewna wszystkich strof, a jednej z najważniejszych jeszcze nie napisała, i że wybrała formę restrykcyjną, żeby przekonać się, czy potrafi pisać – po czym wzięła ze stolika przy sofie cienki plik kartek i zaczęła czytać czystym głosem.

             Ojciec mój odszedł równo pięć lat temu.
             Pustemu ciału nic już nie przywróci
             człowieka, który dziecku jedynemu
             do snu co wieczór kołysanki nucił
             i snuł historie duchów i golemów.
             Ich tęskne głosy, co spokój chcą skrócić
             słychać wciąż w Paradou. Straszyły w ciemności
             widmowe istoty, królowie wieczności.

             Do tamtych duchów dzisiaj tęskni pamięć.
            Dziś wiem, że smutku, który żywych trawi
             zmarli nie czują. Boże, w przeszłość zamień
             tę chwilę. Boże, bądź dla mnie łaskawy!
             Przywróć świat, który odcisnął swe znamię
             tak drogie. Prawdę niech ojcu wyjawi
             jeden gest na dobranoc: rola, którą grałam
             nakładała mi maskę. Pod spodem się bałam.

            Odchrząknąłem. Któregoś lata Genie i ja odwiedziliśmy Maxa, Ingę i Sonię w domu, który wynajmowali w Le Paradou, maleńkim miasteczku w Prowansji, niedaleko Les Baux. Przypomniałem sobie szeroki uśmiech Maxa w blasku świec migoczących na stole, gdy siedzieliśmy na zewnątrz w chłodnym powietrzu. Z papierosem między zębami, w smugach unoszącego się dymu, wznosząc kieliszek wygłaszał toast na cześć pogody, dobrego życia, rodziny.
Sonia spojrzała na mnie znad kartek.
– Nie jest taki okropny, prawda?
Pokręciłem głową, a ona ciągnęła:
– Taką samą formę ma Don Juan Byrona. Oktawy na ogół są komiczne, ale wiesz, chciałam sprawdzić, czy mogą też być poważne.
Przerwała, a ja pomyślałem o językowych łamigłówkach i szalonych rymowankach pana T.
– Dalej ma być strofa o jedenastym września, tylko jeszcze nie udało mi się jej napisać. Próbowałam wiele razy, ale to zbyt trudne. Może po prostu zostawię tu białą plamę – lukę, wielkie puste miejsce tylko z datą.
Popatrzyła na mnie, wyraz jej twarzy nagle stał się zacięty.
– A potem idą te dwie.

             Mówią: „Nie znają młodzi śmiertelności”.
             Nieprawda. Ja ją czuję całym ciałem –
            w umyśle, w oczach, w rękach, nogach, kościach,
             i w telefonie, co dzwonkiem zuchwałym
             zwiastuje nowe losu przeciwności,
             w słyszanych nocą głosach, jakby cały
             chór bezcielesny śpiewał w mojej głowie
             wzywając zmarłych. Nikt mi nie odpowie.

             Pewnego rana do naszego domu
             smutny policjant przyszedł. Nakaz wręczył,
             miał strych przeszukać. Wszedł po schodach stromych,
             i ludzkich szczątków w kurzu, wśród pajęczyn,
             pod flagą niepotrzebną już nikomu
             szukał. Wciąż widzę, jak na dachu klęczy
             zrywając papę. W jego pustym wzroku
             nie ma smutku, nadziei, nie ma nic prócz mroku.

19.11.2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz