niedziela, 30 grudnia 2012

"Morze maków" Amitav Ghosh


Westchnął nostalgicznie. – Ach, to był istny gol-maal, te barra-khana u Raskhalich! Najlepsze miejsce, żeby się zabawić.
Zachary kiwał głową, jakby rozumiał każde słowo tej tyrady.
– Widzę, że dobrze go pan zna, panie Doughty, naszego dzisiejszego gospodarza.

    – Nie tyle jego, co jego ojca. Ten młodzieniec jest tak samo podobny do ojca jak dykta do mahoniu. – Pilot stęknął z dezaprobatą. – Widzisz, jedyną rzeczą, której nie znoszę jest uczony tubylec: jego ojciec umiał grać swoją rolę – prędzej by umarł, niż dał się przyłapać z książką. Ale ten mały czokra puszy się, jakby był nie wiedzieć kim – prawdziwy fanfaron jakich mało. I wcale nie jest żadnym szlachcicem: w jego rodzinie mówią o sobie radża, ale to tylko rai, którzy dostali tytuł honorowy – bakszysz za wierność Koronie.
Pan Doughty prychnął z pogardą.
– Dziś wystarczy ni mniej ni więcej tylko parę akrów, żeby byle babu pozował na maharadżę. A jak on mówi! Pomyślałbyś, że to perski pasza. Poczekaj, aż usłyszysz jak ten banczut chełpi się swoim angielskim – jakby kudłata bandar czytała na głos artykuł w The Times. – Zachichotał rozbawiony, obracając w palcach główkę swej laski. – Jeszcze jeden powód, dla którego warto tam dziś pójść, oprócz czheczkī – trochę podrażnimy kudłatą bandar.
Przerwał i puścił do Zacharego oko.
– O ile wiem, drań Raskhali niedługo dostanie samdża. Słyszałem khabar, że kończy mu się jego khazana.
Zachary nie mógł dłużej podtrzymywać wrażenia, że wszystko rozumie. Marszcząc brwi powtórzył:
Kha – khazana? Znów pan to robi, panie Doughty: kolejne słowo, którego znaczenia nie znam.
Ta naiwna, choć niewinna uwaga ściągnęła na Zacharego stanowczą reprymendę: najwyższa pora, mówił pilot, by przestał zachowywać się jak gadda – to znaczy osioł, gdyby tego też nie rozumiał. Tu są Indie – tu sahib nie może być brany za tępego żółtodzioba. Jeśli nie nadąża za tym, co się dzieje, wezmą go za pętaka, i to dźaldi, raz dwa. To nie Baltimore – tu jest dżungla, w trawie czyhają jadowite biskhopra a na drzewach wanderu. Jeśli on, Zachary, nie chce być kantowany i brany za jelenia, musi nauczyć się jak postraszyć tubylców kilkoma słowami w ich własnym zubaan.
Zachary był strofowany surowym, ale zarazem wyrozumiałym tonem mentora, zebrał się więc na odwagę, by spytać, co znaczy zubaan, na co pilot westchnął cierpliwie:
Zubaan, drogi chłopcze, to żargon Wschodu. Łatwo można się go nauczyć, jeśli się człowiek postara. Wystarczy trochę mowy czarnuchów i kilka brzydkich gali. Ale uważaj, żebyś nie mówił zbyt dobrze w Urdu czy Hindi: nie pozwól im myśleć, że stałeś się jednym z nich. I nie kryguj się. Nie mogą cię brać za czi-czi
Zachary znowu bezradnie potrząsnął głową.
Czi-czi? A cóż to takiego, panie Doughty?
Pan Doughty uniósł brwi ostrzegawczo.
Czi-czi? Lip-lap? Masti? Sindżo? Mieszaniec – rozumiesz? To nie jest czal, kolego: żaden sahib nie chciałby cię gościć przy stole. Tu na Wschodzie przywiązujemy do tego dużą wagę. Musimy chronić nasze bibi. Mężczyzna może od czasu do czasu skosztować wody z innej studni, ale nie można pozwolić, żeby lakarbagha biegały luzem po kurniku. Tak po prostu nie może być: za to należy się solidny czabak końskim biczem!
W jego słowach było coś – aluzja czy wskazówka – co sprawiło, że Zachary poczuł się nagle nieswojo. W ciągu tych dwóch dni polubił pana Doughty, dostrzegając, że za despotycznym głosem i mięsistą twarzą krył się człowiek życzliwy, a nawet wielkoduszny. W tej chwili miał wrażenie, że pilot próbuje go w jakiś okrężny sposób przestrzec.
Zachary poklepał dłonią reling i odwrócił się.
– Pan pozwoli, panie Doughty, muszę sprawdzić, czy mam w co się przebrać.
Pilot skinął z aprobatą.
– O tak, będziemy musieli się wystroić. Dobrze, że pomyślałem o tym, by wziąć ze sobą czystą parę sirdrars.

W oryginale 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz