Westchnął nostalgicznie. – Ach, to był istny gol-maal,
te barra-khana u Raskhalich! Najlepsze miejsce, żeby się zabawić.
Zachary kiwał głową, jakby rozumiał
każde słowo tej tyrady.
– Widzę, że dobrze go pan zna,
panie Doughty, naszego dzisiejszego gospodarza.
– Nie tyle jego, co jego ojca. Ten młodzieniec jest tak samo podobny do ojca jak dykta do mahoniu. – Pilot stęknął z dezaprobatą. – Widzisz, jedyną rzeczą, której nie znoszę jest uczony tubylec: jego ojciec umiał grać swoją rolę – prędzej by umarł, niż dał się przyłapać z książką. Ale ten mały czokra puszy się, jakby był nie wiedzieć kim – prawdziwy fanfaron jakich mało. I wcale nie jest żadnym szlachcicem: w jego rodzinie mówią o sobie radża, ale to tylko rai, którzy dostali tytuł honorowy – bakszysz za wierność Koronie.
Pan Doughty prychnął z pogardą.
– Dziś wystarczy ni mniej ni
więcej tylko parę akrów, żeby byle babu pozował na maharadżę. A jak on mówi!
Pomyślałbyś, że to perski pasza. Poczekaj, aż usłyszysz jak ten banczut
chełpi się swoim angielskim – jakby kudłata bandar czytała na głos artykuł
w The Times. – Zachichotał rozbawiony, obracając w palcach główkę swej
laski. – Jeszcze jeden powód, dla którego warto tam dziś pójść, oprócz czheczkī – trochę podrażnimy
kudłatą bandar.
Przerwał i puścił do Zacharego
oko.
– O ile wiem, drań Raskhali
niedługo dostanie samdża. Słyszałem khabar, że kończy mu się jego
khazana.
Zachary nie mógł dłużej
podtrzymywać wrażenia, że wszystko rozumie. Marszcząc brwi powtórzył:
– Kha – khazana? Znów
pan to robi, panie Doughty: kolejne słowo, którego znaczenia nie znam.
Ta naiwna, choć niewinna uwaga
ściągnęła na Zacharego stanowczą reprymendę: najwyższa pora, mówił pilot, by
przestał zachowywać się jak gadda – to znaczy osioł, gdyby tego też nie rozumiał.
Tu są Indie – tu sahib nie może być brany za tępego żółtodzioba. Jeśli
nie nadąża za tym, co się dzieje, wezmą go za pętaka, i to dźaldi, raz
dwa. To nie Baltimore – tu jest dżungla, w trawie czyhają jadowite biskhopra
a na drzewach wanderu. Jeśli on, Zachary, nie chce być kantowany i brany
za jelenia, musi nauczyć się jak postraszyć tubylców kilkoma słowami w ich
własnym zubaan.
Zachary był strofowany surowym,
ale zarazem wyrozumiałym tonem mentora, zebrał się więc na odwagę, by spytać,
co znaczy zubaan, na co pilot westchnął cierpliwie:
– Zubaan, drogi chłopcze,
to żargon Wschodu. Łatwo można się go nauczyć, jeśli się człowiek postara. Wystarczy
trochę mowy czarnuchów i kilka brzydkich gali. Ale uważaj, żebyś nie
mówił zbyt dobrze w Urdu czy Hindi: nie pozwól im myśleć, że stałeś się jednym
z nich. I nie kryguj się. Nie mogą cię brać za czi-czi.
Zachary znowu bezradnie
potrząsnął głową.
– Czi-czi? A cóż to
takiego, panie Doughty?
Pan Doughty uniósł brwi
ostrzegawczo.
– Czi-czi? Lip-lap?
Masti? Sindżo? Mieszaniec – rozumiesz? To nie jest czal,
kolego: żaden sahib nie chciałby cię gościć przy stole. Tu na Wschodzie
przywiązujemy do tego dużą wagę. Musimy chronić nasze bibi. Mężczyzna
może od czasu do czasu skosztować wody z innej studni, ale nie można pozwolić,
żeby lakarbagha biegały luzem po kurniku. Tak po prostu nie może być: za
to należy się solidny czabak końskim biczem!
W jego słowach było coś –
aluzja czy wskazówka – co sprawiło, że Zachary poczuł się nagle nieswojo. W
ciągu tych dwóch dni polubił pana Doughty, dostrzegając, że za despotycznym
głosem i mięsistą twarzą krył się człowiek życzliwy, a nawet wielkoduszny. W
tej chwili miał wrażenie, że pilot próbuje go w jakiś okrężny sposób
przestrzec.
Zachary poklepał dłonią reling
i odwrócił się.
– Pan pozwoli, panie Doughty,
muszę sprawdzić, czy mam w co się przebrać.
Pilot skinął z aprobatą.
– O tak, będziemy musieli się
wystroić. Dobrze, że pomyślałem o tym, by wziąć ze sobą czystą parę sirdrars.
W oryginale
W oryginale
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz