piątek, 30 marca 2012

"Upadek domu Usherów" E.A. Poe



Przez cały pochmurny, ciemny i bezgłośny dzień tamtej jesieni, gdy wiszące nisko chmury aż przygniatały swym ciężarem, samotnie przemierzałem konno niezwykle ponurą część kraju; aż wreszcie, wraz z nadciągającym zmrokiem, dotarłem do miejsca, z którego roztaczał się posępny widok na Dom Usherów. Nie wiem jak to się stało, ale już od pierwszego spojrzenia na budynek duszę mą ogarnęło przygnębienie nie do wytrzymania.
Mówię, że było nie do wytrzymania, gdyż nie przynosiły mu ulgi na wpół przyjemne – bo jakże poetyckie – odczucia, jakie zwykle się rodzą w umyśle na widok nawet najbardziej surowych obrazów spustoszenia czy potworności. Patrzyłem na rozciągającą się przede mną scenerię – na zwykły dom, na pospolity krajobraz posiadłości, na posępne ściany, czarne okna niczym oczodoły, na rozrośnięte turzyce i kilka białych spróchniałych pni drzew – a dusza moja nurzała się w smutku. To, co czułem mogę jedynie przyrównać do uczucia, z jakim budzi się człowiek z opiumowego snu – gorzkiego powrotu do codzienności, bolesnego zdjęcia zasłony. W sercu czułem mroźny ucisk, zapadanie i mdłości – nieodwracalną posępność myśli, której żadnym wysiłkiem wyobraźni nie można było przekuć na cokolwiek wzniosłego. Cóż takiego – zastanawiałem się – co takiego jest w widoku Domu Usherów, co tak mi odbiera rezon? Było to dla mnie nieodgadnioną tajemnicą; udręką było też zmaganie się z mrocznymi zjawami, które osaczyły moje myśli. Zmuszony byłem przyjąć niezadowalający mnie wniosek, że istnieją bez wątpienia pewne kombinacje najprostszych rzeczy, które są w stanie tak na nas wpływać, jednak analiza tej siły wykracza poza sprawy, jakie potrafimy zgłębić. Możliwe, myślałem sobie, że wystarczyłoby po prostu inaczej ułożyć elementy tej scenerii, szczegóły obrazu, by go odmienić, albo może nawet odebrać mu zdolność wywoływania takiego smętnego wrażenia. I wiedziony tą myślą wstrzymałem konia na urwistym brzegu połyskującego nieruchomą grobową czernią stawu leżącego nieopodal tegoż domostwa, i spojrzałem w dół – wzdragając się jednak mocniej jeszcze niż pierwotnie – na przekształcone i poprzestawiane obrazy szarych traw, upiornych kikutów drzew i ziejących pustką oczodołów okien.


W oryginale 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz